ROCKY'S POV
Odetchnęłam głęboko, próbując się uspokoić. Spojrzałam poraz kolejny na swoje bazgroły. Bez sensu... Wyrwałam kartkę i gniotąc ją ze złości, wyrzuciłam do kosza. Naprawdę nie potrafię napisać głupiego tekstu? Wstałam z łóżka i podeszłam do okna. Wzięłam papierosa z paczki i podpaliłam go. Patrząc przez okno, zastanawiałam się czy tak musi być. W życiu przecież nie zawsze jest pięknie, ale jak już się psuje to dlaczego wszystko naraz? Wypuszczając dym, próbowałam ułożyć sobie w głowie ostatnie wydarzenia.
Rina od kilku dni nie dała znaku życia. Niewiadomo dlaczego. Jedyne co mnie uspokaja to portal społecznościowy tzw. Twitter, dzięki któremu wiem, że żyje. Mimo wszystko niepokoje się. Czytając jej tweety można powiedzieć, że się pogubiła. Stres związany z oczekiwaniem na ważne wydarzenie rujnuje ją do tego stopnia, iż całkowicie zatraca się w tym co robi, cokolwiek to jest. Z jednej strony doskonale to rozumiem. Przyszłość dziewczyny zależy od jednej informacji, a ona sobie z tym kompletnie nie radzi. Ale czy to powód do zamykania się w sobie? Przecież ma przyjaciół, którzy ją wesprą i pomogą niezależnie od sytuacji. Kochamy ją, jednak Rina nie lubi dawać po sobie znać, że coś jest nie tak. Uważa, że to okazywanie słabości i woli zdusić swoje emocje. Niestety teraz ewidentnie sobie z nimi nie radzi. Chciałabym jej pomóc, ale jak skoro mi na to nie pozwala?
Natomiast u Daisy wiedzie się świetnie. No może nie do końca. Szatynka walczyła z chorobą, która nie chciała jej opuścić. Była tak zmęczona, że troszkę zapomniała o nas. Mimo sytuacji jej zachowanie było okropne i bolało, przynajmniej mnie...
Zoey odwiedziła rodzina. Szczęśliwa dziewczyna z góry powiedziała, że chce im poświęcić cały swój wolny czas.
Na polu bitwy zostaliśmy tylko ja i Eddie.
- Rocky! - usłyszałam krzyki blondyna. - Gdzie jesteś?!
- W pokoju! - odkrzyknęłam.
Po chwili w pomieszczeniu zjawił się uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i na powitanie pocałował w policzek. Rozejrzał się i ze zdziwieniem popatrzył na mnie.
- Jestem pierwszy?
Jest pół godziny po czasie. Mieliśmy wybrać się na jakąś impreze czy do wesołego miasteczka. Dawno nie widzieliśmy się całym zespołem, więc chcieliśmy to nadrobić i przy okazji się trochę rozerwać. Niestety dziewczyny odwołały.
- Pierwszy i ostatni - odparłam z nutką goryczy w głosie.
Chłopak chyba nie zrozumiał o co mi chodziło. Stał jak słup i przyglądał mi się niedowierzając.
- To znaczy?
- Wymiksowały się. Zostaliśmy sami.
- Dobra, koniec tego. Co się dzieje? Pokłóciłyście się czy co?
Eddie nie był zadowolony. Nie rozumiał tego, ale nie był jedyny. Też nie pojmowałam.
- Rina odcięła się i nie chce ze mną rozmawiać, choć nie wiem czemu. Chyba potrzebuje czasu, aby wsztstko przemyśleć. Ja nie będę się narzucać. Jeśli przyjdzie się wygadać to ją wysłucham i spróbuje pomóc. Ale ona musi tego chcieć.
- A Zoe i Daisy?
Wzruszyłam ramionami. Nie za bardzo wiedziałam co mam powiedzieć przyjacielowi. Znał sytuacje jaka istniała w naszej paczce od jakiegoś czasu, ale chyba myślał, że jakoś się to rozwiąże. Nie wyszło.
- Zoe ma spotkania rodzinne jak wiesz. Bardzo za nimi tęskniła i spędza z nimi czas. Norma.
Usiadłam na łóżku, a zaraz dosiadł się blondyn. Oboje byliśmy targani przez różne emocje. Chcieliśmy rozumieć to wszystko, ale również nas to bolało. Pragnęliśmy pomóc Rinie, ale nie potrafiliśmy. Nie chcieliśmy natomiast być zapomnieni przez Zoe, która zbywała nas na każdym kroku. Chociaż to mogliśmy sobie jakoś tłumaczyć.
- Daisy? - dopytał Eddie niepewnie, słysząc moje milczenie. Wzięłam głęboki wdech.
- Nie potrafię z nią rozmawiać - przyznałam cichutko. - Wiem, że jej argumenty są racjonalne. Była chora i zajęta, ale to jak uciekała i jej oschłe zachowanie w stosunku do mnie i was bolało mnie. Teraz jest niby wszystko okay, ale nie dla mnie. Dziwnie się czuję i... Nie umiem tak.
Milczał. Być może myślał co powiedzieć, a może nie. Byliśmy przybici.
- Rocky - przerwał cisze panującą w pomieszczeniu - Nie wiem co powinniśmy zrobić, ale widzę jak ta sytuacja na ciebie oddziałowuje. Jako dobry przyjaciel będę przy tobie. Zacznę od pocieszenia. Wychodzimy.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Eddie z uśmiechem wziął swoją skórzaną kurtkę i biorąc mnie za rękę, zaprowadził do przedpokoju. Bez oporu ubrałam się, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszliśmy na zewnątrz. Powoli się ściemniało. Powietrze było chłodne, więc musiałam szczelniej owinąć się kurtką, żebym nie marzła. Zakluczyłam drzwi i podeszłam do samochodu blondyna. Eddie otworzył mi drzwi i gestem ręki, zachęcił do wejścia. Nie powiem, że nie zrobiło mi się miło. Czasem potrafi być gentelmenem. Po chwili i on siedział wygodnie w aucie.
- Gotowa?
Siedzieliśmy przy małym stawie. Oprócz nas nikogo tu nie było, chyba że liczyć rodzinę kaczek, pływających w wodzie. Z zachwytem wpatrywałam się w niebo i gwiazdy na nim świecące.
- Tu jest cudownie.
- Przychodziłem tu kiedyś z ojcem zanim nas zostawił. To moje ulubione miejsce. Można spokojnie pomyśleć i napawać się pięknem okolicy.
Przeniosłam wzrok na przyjaciela. Nie tylko ja tu cierpię...
- Dobry z ciebie przyjaciel.
- Najlepszy - zaśmiał się.
Nawet nie wiedziałam, że on potrafi taki być. Znałam go jako beztroskiego chłopaka, który często zachowywał się jak zwykły dupek. Lubił się wygłupiać i dobrze bawić. Nie okazywał jakoś swojej wrażliwszej strony. Oczywiście nie mówię, że był złym człowiekiem. Nic z tych rzeczy. Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że pod tą skorupą obojętności kryje się coś więcej. Kto wie? Może jeszcze nie raz mnie zaskoczy.
Wzięłam do ręki kamień, który leżał niedaleko mnie. Zamachnęłam się i wrzuciłam go do wody. Usłyszałam śmiech towarzysza.
- Co tak słabo Rocky?
- Uważasz, że jesteś lepszy? - uniosłam brew wyzywająco.
- Patrz i się ucz - mrugnął do mnie.
Odszukał jakiś kamień. Podrzucił go, zapewne sprawdzając czy się nadaje. Uśmiechnął się i rzucił nim.
Kamyk wpadł do wody o wiele dalej niż mój.
- I co teraz powiesz?
- Miałeś farta - odparłam śmiało.
- No to wojna!
Zmęczeni leżeliśmy na trawie, próbując unormować swoje oddechy. Kto by pomyślał, że taka zwykła zabawa daje tyle radości.
- Eddie?
- Hm? - mruknął niewyraźnie.
- Dziękuję.
- Ja tobie też. Oboje tego potrzebowaliśmy.
Kiwnęłam głową, choć wiedziałam, że tego nie zobaczy. Miał rację. Odstresowaliśmy się. Teraz mogliśmy na nowo przeanalizować problem i znaleźć rozwiązanie.
Poczułam jego ręce na mojej talii. Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Nie powstrzymałam go. Ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej i tak wtuleni w siebie, odpoczywaliśmy.
Zawsze w naszym życiu znajdzie się osoba, której możemy bezgranicznie ufać. Czasami niespodziewamy się, że ktoś przyjdzie i wyciągnie nas z krytycznej sytuacji. Może nie poda nam rozwiązania na tacy, ale sama jego obecność dodaje nam skrzydeł. Wiedza, że nie jesteśmy sami i mamy na kogo liczyć podbudowuje nas. Taki człowiek jest jak małe światełko. Wędruje poprzez mroki naszego świata i zapala zgaszone gwiazdy...
-----------------------------
Dobry wieczór!
Witam was w 3 rozdziale. Dziś wyjątkowo krótko, ale mam bardzo poważne problemy i więcej po prostu nie byłam w stanie napisać. Mimo wszystko liczę na wasze opinie.
Mała uwaga: ostatnie dwa zdania, zaznaczone kursywą to cytat Phil'a Bosmans'a.
Arielka x