środa, 31 grudnia 2014

Rozdział 3


ROCKY'S POV

Odetchnęłam głęboko, próbując się uspokoić. Spojrzałam poraz kolejny na swoje bazgroły. Bez sensu... Wyrwałam kartkę i gniotąc ją ze złości, wyrzuciłam do kosza. Naprawdę nie potrafię napisać głupiego tekstu? Wstałam z łóżka i podeszłam do okna. Wzięłam papierosa z paczki i podpaliłam go. Patrząc przez okno, zastanawiałam się czy tak musi być. W życiu przecież nie zawsze jest pięknie, ale jak już się psuje to dlaczego wszystko naraz? Wypuszczając dym, próbowałam ułożyć sobie w głowie ostatnie wydarzenia.
Rina od kilku dni nie dała znaku życia. Niewiadomo dlaczego. Jedyne co mnie uspokaja to portal społecznościowy tzw. Twitter, dzięki któremu wiem, że żyje. Mimo wszystko niepokoje się. Czytając jej tweety można powiedzieć, że się pogubiła. Stres związany z oczekiwaniem na ważne wydarzenie rujnuje ją do tego stopnia, iż całkowicie zatraca się w tym co robi, cokolwiek to jest. Z jednej strony doskonale to rozumiem. Przyszłość dziewczyny zależy od jednej informacji, a ona sobie z tym kompletnie nie radzi. Ale czy to powód do zamykania się w sobie? Przecież ma przyjaciół, którzy ją wesprą i pomogą niezależnie od sytuacji. Kochamy ją, jednak Rina nie lubi dawać po sobie znać, że coś jest nie tak. Uważa, że to okazywanie słabości i woli zdusić swoje emocje. Niestety teraz ewidentnie sobie z nimi nie radzi. Chciałabym jej pomóc, ale jak skoro mi na to nie pozwala?
Natomiast u Daisy wiedzie się świetnie. No może nie do końca. Szatynka walczyła z chorobą, która nie chciała jej opuścić. Była tak zmęczona, że troszkę zapomniała o nas. Mimo sytuacji jej zachowanie było okropne i bolało, przynajmniej mnie...
Zoey odwiedziła rodzina. Szczęśliwa dziewczyna z góry powiedziała, że chce im poświęcić cały swój wolny czas.
Na polu bitwy zostaliśmy tylko ja i Eddie.
- Rocky! - usłyszałam krzyki blondyna. - Gdzie jesteś?!
- W pokoju! - odkrzyknęłam.
Po chwili w pomieszczeniu zjawił się uśmiechnięty blondyn. Podszedł do mnie i na powitanie pocałował w policzek. Rozejrzał się i ze zdziwieniem popatrzył na mnie.
- Jestem pierwszy?
Jest pół godziny po czasie. Mieliśmy wybrać się na jakąś impreze czy do wesołego miasteczka. Dawno nie widzieliśmy się całym zespołem, więc chcieliśmy to nadrobić i przy okazji się trochę rozerwać. Niestety dziewczyny odwołały.
- Pierwszy i ostatni - odparłam z nutką goryczy w głosie.
Chłopak chyba nie zrozumiał o co mi chodziło. Stał jak słup i przyglądał mi się niedowierzając.
- To znaczy?
- Wymiksowały się. Zostaliśmy sami.
- Dobra, koniec tego. Co się dzieje? Pokłóciłyście się czy co?
Eddie nie był zadowolony. Nie rozumiał tego, ale nie był jedyny. Też nie pojmowałam.
- Rina odcięła się i nie chce ze mną rozmawiać, choć nie wiem czemu. Chyba potrzebuje czasu, aby wsztstko przemyśleć. Ja nie będę się narzucać. Jeśli przyjdzie się wygadać to ją wysłucham i spróbuje pomóc. Ale ona musi tego chcieć.
- A Zoe i Daisy?
Wzruszyłam ramionami. Nie za bardzo wiedziałam co mam powiedzieć przyjacielowi. Znał sytuacje jaka istniała w naszej paczce od jakiegoś czasu, ale chyba myślał, że jakoś się to rozwiąże. Nie wyszło.
- Zoe ma spotkania rodzinne jak wiesz. Bardzo za nimi tęskniła i spędza z nimi czas. Norma.
Usiadłam na łóżku, a zaraz dosiadł się blondyn. Oboje byliśmy targani przez różne emocje. Chcieliśmy rozumieć to wszystko, ale również nas to bolało. Pragnęliśmy pomóc Rinie, ale nie potrafiliśmy. Nie chcieliśmy natomiast być zapomnieni przez Zoe, która zbywała nas na każdym kroku. Chociaż to mogliśmy sobie jakoś tłumaczyć.
- Daisy? - dopytał Eddie niepewnie, słysząc moje milczenie. Wzięłam głęboki wdech.
- Nie potrafię z nią rozmawiać - przyznałam cichutko. - Wiem, że jej argumenty są racjonalne. Była chora i zajęta, ale to jak uciekała i jej oschłe zachowanie w stosunku do mnie i was bolało mnie. Teraz jest niby wszystko okay, ale nie dla mnie. Dziwnie się czuję i... Nie umiem tak.
Milczał. Być może myślał co powiedzieć, a może nie. Byliśmy przybici.
- Rocky - przerwał cisze panującą w pomieszczeniu - Nie wiem co powinniśmy zrobić, ale widzę jak ta sytuacja na ciebie oddziałowuje. Jako dobry przyjaciel będę przy tobie. Zacznę od pocieszenia. Wychodzimy.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Eddie z uśmiechem wziął swoją skórzaną kurtkę i biorąc mnie za rękę, zaprowadził do przedpokoju. Bez oporu ubrałam się, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszliśmy na zewnątrz. Powoli się ściemniało. Powietrze było chłodne, więc musiałam szczelniej owinąć się kurtką, żebym nie marzła. Zakluczyłam drzwi i podeszłam do samochodu blondyna. Eddie otworzył mi drzwi i gestem ręki, zachęcił do wejścia. Nie powiem, że nie zrobiło mi się miło. Czasem potrafi być gentelmenem. Po chwili i on siedział wygodnie w aucie.
- Gotowa?

Siedzieliśmy przy małym stawie. Oprócz nas nikogo tu nie było, chyba że liczyć rodzinę kaczek, pływających w wodzie. Z zachwytem wpatrywałam się w niebo i gwiazdy na nim świecące.
- Tu jest cudownie.
- Przychodziłem tu kiedyś z ojcem zanim nas zostawił. To moje ulubione miejsce. Można spokojnie pomyśleć i napawać się pięknem okolicy.
Przeniosłam wzrok na przyjaciela. Nie tylko ja tu cierpię...
- Dobry z ciebie przyjaciel.
- Najlepszy - zaśmiał się.
Nawet nie wiedziałam, że on potrafi taki być. Znałam go jako beztroskiego chłopaka, który często zachowywał się jak zwykły dupek. Lubił się wygłupiać i dobrze bawić. Nie okazywał jakoś swojej wrażliwszej strony. Oczywiście nie mówię, że był złym człowiekiem. Nic z tych rzeczy. Po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że pod tą skorupą obojętności kryje się coś więcej. Kto wie? Może jeszcze nie raz mnie zaskoczy.
Wzięłam do ręki kamień, który leżał niedaleko mnie. Zamachnęłam się i wrzuciłam go do wody. Usłyszałam śmiech towarzysza.
- Co tak słabo Rocky?
- Uważasz, że jesteś lepszy? - uniosłam brew wyzywająco.
- Patrz i się ucz - mrugnął do mnie.
Odszukał jakiś kamień. Podrzucił go, zapewne sprawdzając czy się nadaje. Uśmiechnął się i rzucił nim.
Kamyk wpadł do wody o wiele dalej niż mój.
- I co teraz powiesz?
- Miałeś farta - odparłam śmiało.
- No to wojna!

Zmęczeni leżeliśmy na trawie, próbując unormować swoje oddechy. Kto by pomyślał, że taka zwykła zabawa daje tyle radości.
- Eddie?
- Hm? - mruknął niewyraźnie.
- Dziękuję.
- Ja tobie też. Oboje tego potrzebowaliśmy.
Kiwnęłam głową, choć wiedziałam, że tego nie zobaczy. Miał rację. Odstresowaliśmy się. Teraz mogliśmy na nowo przeanalizować problem i znaleźć rozwiązanie.
Poczułam jego ręce na mojej talii. Przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Nie powstrzymałam go. Ułożyłam głowę na jego klatce piersiowej i tak wtuleni w siebie, odpoczywaliśmy.
Zawsze w naszym życiu znajdzie się osoba, której możemy bezgranicznie ufać. Czasami niespodziewamy się, że ktoś przyjdzie i wyciągnie nas z krytycznej sytuacji. Może nie poda nam rozwiązania na tacy, ale sama jego obecność dodaje nam skrzydeł. Wiedza, że nie jesteśmy sami i mamy na kogo liczyć podbudowuje nas. Taki człowiek jest jak małe światełko. Wędruje poprzez mroki naszego świata i zapala zgaszone gwiazdy...

-----------------------------

Dobry wieczór!
Witam was w 3 rozdziale. Dziś wyjątkowo krótko, ale mam bardzo poważne problemy i więcej po prostu nie byłam w stanie napisać. Mimo wszystko liczę na wasze opinie.
Mała uwaga: ostatnie dwa zdania, zaznaczone kursywą to cytat Phil'a Bosmans'a.

Arielka x

wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 2


ROCKY'S POV

Siedziałam na kanapie w salonie, przeglądając kolejne albumy ze zdjęciami. Co prawda nigdy nie lubiłam tego całego upamiętniania życia. Mnie wystarczy samo wspomnienie. Jednak niektóre osoby z mojego otoczenia sądzą, że to piękne i mające głęboki sens zajęcie. Jakby tak iść tym tokiem rozumowania to trzeba przyznać im trochę racji. Kto by nie chciał kiedyś usiąść przy kominku z albumem w ręku i opowiadać wnukom przygody z dawnych lat? Mało jest takich osób. Oczywiście to niejedyny argument działający na korzyść upamiętniania chwil. Przecież nie wiemy co wydarzy się w przyszłości. Nikt chyba nie chciałby zapomnieć tych najlepszych chwil ze swojego życia... 
Odłożyłam album rodzinny, który podarowali mi rodzice zanim wyjechałam spełniać marzenia. Wzięłam kolejny z wielkim, ozdobnym napisem "POWERAGE". Otworzyłam go i ujrzałam pierwsze zdjęcie, powiedzmy naszej pierwotnej grupy. Przedstawiało ono mnie, Daisy i Rine. 
- Pamiętasz? - usłyszałam wesoły głos przyjaciółki, która usiadła obok mnie tuż po tym jak zwaliła wszystko inne na podłogę. 
- Tak, pamiętam - odwzajemniłam uśmiech. 
Do Sydney przyjechałam jako szesnastoletnia dziewczyna z wielkimi marzeniami. Zamieszkałam wraz z ciotką, która umożliwiła mi ich spełnienie. Poza nią nie miałam tu nikogo, do czasu kiedy poznałam swoją sąsiadkę - Hannah Tanton, znaną jako Daisy . 

Weszłam do przestronnego garażu, w którym mimo moich myśli nie było żadnego samochodu. Było to duże pomieszczenie, dość przytulne. Ściany pokrywała barwa beżu z różnymi czarnymi aplikacjami. Na jednej ze ścian, tuż nad czerwoną sofą, były powieszone plakaty przeróżnych zespołów. Od tych metalowych do najzwyklejszych gwiazd popu. Jednak największą uwagę przykuwała perkusja. Nie znam się na bębnach, ale patrząc na ten piękny instrument można powiedzieć, że jest z górnej półki. Zawsze chciałam nauczyć się grać na perkusji...
- Witam w moim sanktuarium! Czuj się jak u siebie w domu - odparła uradowana brunetka. 
- Wow tu jest...
- Nie podoba ci się? - zapytała z nutką strachu w głosie. 
Spojrzałam w jej piwne oczy. Wyglądała na bardzo miłą osobę i, co można zauważyć na pierwszy rzut oka, pełną energii. Chyba się zakumplujemy. 
- Nieziemsko. 

Stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami. Byłyśmy praktycznie nierozłączne. Jej garaż był naszym domem, naszą kryjówką przed światem. W krótkim czasie cały mój sprzęt znalazł się właśnie tam, a dodatkowo dziewczyna poprosiła mnie, żebym przyniosła coś od siebie, aby nie był to jej dom, ale nasz. I tak było. Razem przeprowadziłyśmy mały remont i od tamtej pory ten mały garaż stał się naszym miejscem na ziemi. 
Pewnego dnia czekałam na Daisy by udzieliła mi kolejnych lekcji grania na perkusji. Jednak dziewczyna nie zjawiała się, a z każdą kolejną minutą mój niepokój rósł. Byłam tak przejęta, że zasnęłam. 

- Rocky! - usłyszałam ciche nawoływanie, które z czasem stawało się coraz głośniejsze - ROCKY ŚPIOCHU!!!
Poczułam silne uderzenie. Otworzyłam leniwie powieki i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na ziemi, a nade mną stała przyjaciółka z głupim wyszczerzem na twarzy. Czy ona mnie zwaliła z sofy? 
- Jesus Daisy, czego chcesz? - jęknęłam, odczuwając ból pleców, ręki i pośladków. Coś czuję, że będę miała spore siniaki. 
- Zakładamy zespół. 
Brunetka oznajmiła mi to tak pewna siebie i tak radosna, że chyba nie do końca zdawała sobie sprawę, co takiego właściwie powiedziała. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Zespół? 

W taki oto sposób powstał pomysł stworzenia zespołu. Oczywiście przed nami była długa droga i wcale nie układało nam się wszystko tak jak chciałyśmy. Szukałyśmy długo odpowiednich członków, jednak nikt nas nie przekonywał. Do czasu... 

Skończyłyśmy odgrywać kawałek American Idiot zespołu Green Day, gdy usłyszałyśmy klaskanie. W wejściu stała niewysoka brunetka. Opierała się o ścianę i z uśmiechem nam się przyglądała. Wyglądała całkiem sympatycznie, choć gdyby tu nie stała z opakowaniem do gitary na ramieniu, zapewne pomyślałabym, że jest jakąś modelką. Jej oczy były skośne, co wskazywało na japońskie pochodzenie. 
- Cześć - przywitałyśmy się chórem, co wszystkie nas rozśmieszyło. 
- W czym możemy pomóc? - zapytałam, gdy opanowałam swój śmiech. 
- Słyszałam, że szukacie basistki...

Rina Kang, dziewczyna wyglądająca jak z okładki kolorowego pisemka, była jak anioł dla nas. Nie mówię tu o tym, że była niesamowicie miła czy coś, choć była. Po prostu dzięki niej odzyskałyśmy wiarę, że uda nam się stworzyć zespół, a co ważniejsze spełnić marzenia. Ja, Daisy i Rina to pierwotny stan Powerage. Razem pisałyśmy piosenki, razem grałyśmy i oczywiście razem przesiadywałyśmy w już naszym domu - garażu. Razem też wymyśliłyśmy nazwę zespołu...

- Nie no laski to musi być coś odlotowego, a nie "Zespół Atomowych Małp Ninja" - zaśmiała się Rina, przekonując nas do zmiany nazwy. 
- Z Kosmosu - dodała Daisy, urażona tym, że dziewczyna zapomniała dodać tego równie ważnego członu naszej nazwy. 
- A masz coś lepszego? - zapytałam, śmiejąc się z naburmuszonej przyjaciółki. 
Przez chwilę miałyśmy się nazywać "Trio Brunetek", jednak stwierdziłyśmy, że nie będzie to adekwatne do sytuacji. Mimo, iż jestem naturalną brunetką to aktualnie mam czerwone włosy i szybko się to nie zmieni. Myśląc nad nazwą dla naszego zespołu, bawiłam się pałeczkami naszej perkusistki. Hm... 
- To powinno być coś z powerem - stwierdziła Daisy. 
- I coś dla naszego wieku - dodała Rina. 
- Powerage - szepnęłam. 
- CO? - zapytały dziewczyny. 
- Nic, nic takie tam - odparłam zawstydzona.
- Ale powtórz - nalegała Rina. 
- Powerage - uśmiechnęłam się lekko. 

Stąd właśnie się wzięła nazwa i zaraz po tym powstało to zdjęcie, widniejące na pierwszej stronie albumu. Przewróciłam kartkę, przyglądając się tym razem naszej pierwszej próbie jako Powerage. Daisy uparła się, że będziemy wszystko dokumentować i to ona stworzyła ten album. Może kiedyś jej za to podziękuję.
- Co robicie?
Oderwałam wzrok od zdjęć i przeniosłam go na zaciekawioną Rine. Brunetka stała obok, popijając czekoladowego shake'a. Przewróciłam oczami. I kto tu niby dba o linię? Tłumiąc swój wewnętrzny głos, który domagał się takiego przysmaku, wróciłam do przeglądania zdjęć.
- Wspominamy - odparłam.
- Beze mnie! - krzyknęła, udając oburzenie. - Suń dupsko!
Dziewczyna wtrymoliła się na miejsce obok mnie, przyłączając się do nas. Przewracałam kartki z kolejnymi zdjęciami, śmiejąc się z naszych min, bądź sytuacji, które miały wtedy miejsce. Piękne czasy...
- Dziewczyny! Przecież to było wtedy gdy poznałyśmy naszego rodzynka! - krzyknęła roześmiana Daisy.
- Co ja? - Eddie wszedł do pokoju.
Spojrzał na nas, po czym z uśmiechem podszedł do nas, podniósł Rine i usadził ją na swoich kolanach.
- No foch! A ze mną nie chce się bawić - zrozpaczona Daisy przytuliła się do mnie. Oczywiście jak zwykle udawała rozpacz. Eddie pokazał jej tylko język.
- To co mnie obgadujecie?
Rina wskazała mu zdjęcie.
- Pamiętasz jak...

- Dziewczyny chodźmy zobaczyć kto tak gra - jęczała Daisy - Proszę! 
Spojrzałyśmy na siebie z Riną. Wymieniłyśmy telepatycznie myśli. Jeśli się nie zgodzimy to nas zamęczy na śmierć. Z drugiej strony nie mamy wiele do stracenia, a przecież użeranie się z tym wiecznym dzieckiem a zobaczenie jak ktoś gra na gitarze... Prosty wybór. Wzruszyłam ramionami i pociągnęłam Daisy w stronę tego przedstawienia. Przecisnęłyśmy się przez tłum ludzi i stanęłyśmy przed chłopakiem, który wygrywał już ostatnie dźwięki jakiejś ballady. Piski dziewczyn osiągnęły najwyższe decybele, aż musiałam zakryć uszy by nie ogłuchnąć. Blondyn zebrał pieniądze z pokrowca i schował tam gitarę. Wstał i dziękując, odszedł. 
- Myślicie o tym co ja? - uśmiechnęłam się. 
Pobiegłyśmy za chłopakiem. Największe problemy miała Rina. Zapamiętać: w szpilach się nie biega. 
- Ej stój! 
Szarpnęłam chłopaka za ramię. Zdziwiony odwrócił się. Jednak po chwili jego twarz przyozdobił idiotyczny uśmiech pewnego siebie kretyna. 
- Słuchajcie dziewczyny, chcecie autografy, wiem, ale nie teraz. 
- Zamknij się bufonie - przerwałam mu. - Mamy propozycję. 
- Okay chyba czaje, ale nie zamierzam się umawiać z żadną z was. 
- Porażająco... - odparła Rina. - Ale nie o to chodzi dupku. Potrzebny nam gitarzysta. 
- Nie gram na babskich wieczorkach. Żaden Bieber... 
- A to przed chwilą to niby co? 

Tak... Nie zgodził się. Do czasu... 

- Czyli to jest ten cały Powerage? 
Ujrzałam go siedzącego na naszej kanapie z ręką założoną na oparciu. Przyglądał nam się uważnie z dziwnie wyglądającym, kpiącym uśmieszkiem. 
- Sorki, zaproszenie nieaktualne - odparła Rina. 
- Porażająco... - zakpił. - Ale chyba nadal potrzebny wam mega przystojny gitarzysta. 
- I to jak - uśmiechnęłam się. 
Daisy z krzykiem rzuciła się na gościa. 
- Witaj w zespole... - przerwała, gdyż nie znała jego imienia. 
- Eddie.

Eddison Loker dołączył do nas. W takim składzie graliśmy przez pół roku. Aż cud, że wszyscy się dogadaliśmy, bo mogło być różnie. Eddie wniósł trochę swoich rzeczy do naszego domu. Niestety po jakimś czasie musieliśmy się przenieść. Garaż miał być zburzony. Uratowała nas moja ciotka, która oddała nam swój garaż. Dzięki niej odwzorowaliśmy każdy detal pomieszczenia tylko teraz było ono troszkę w innym miejscu.
- To już po przeprowadzce? - Zoe dosiadła się do nas.
- Patrzcie tutaj...

Siedzieliśmy w małej kawiarence, świętując. Kilka chwil temu skończyliśmy nasz pierwszy w życiu koncert. Niesamowite przeżycie nawet jeśli to tylko mała publiczność. 
- A teraz zapraszamy na scenę naszą małą gwiazdkę Zoey Lovrence! 
Usłyszeliśmy przepiękny głos, jakby anioła. Może nie pasował on do naszego rockowego wizerunku, ale chcieliśmy być wszechstronni. Pomyśleliśmy, że ta drobna blondynka może nam w tym pomóc. 
- Hej, genialny występ - zagaił Eddie tuż po tym jak dziewczyna zeszła ze sceny. 
- Dzięki, wasz też. 
- Chciałabyś być sławna? 

Zoey nie do końca przekonana była, aby do nas dołączyć, ale ku naszej uldze postanowiła spróbować.
Obecnie mamy po dziewiętnaście lat poza Eddie'm i Riną, którzy są rok starsi. W pełnym składzie Powerage, czyli:

  • Danielle "Rocky" Khan - gitara, główny wokal 
  • Eddison "Eddie" Loker - gitara, wokal
  • Rina Kang - bas, wokal
  • Zoey "Zoe" Lovrence - wokal, klawisze
  • Hannah "Daisy" Tanton - perkusja, wokal
przygotowujemy się do wejścia na sam szczyt...

----------------------------------------------------------------------------------

Dobry wieczór misie!

Witam was w drugim rozdziale!
Chciałabym go zadedykować Paulinie, która chyba najbardziej na niego czekała. Słonko dziękuję za wszystko co dla mnie robisz!
Mam nadzieję, że wam się spodobał i liczę na opinie.
Kocham was!

Arielka x

piątek, 26 grudnia 2014

Rozdział 1


ASHTON'S POV

- Stary no... Ile można?
Wkurzony Calum odwrócił się w stronę blondyna, aby móc na niego spojrzeć. Przesłuchiwanie tych nagrań było całkiem zabawne, ale przesłuchiwanie nagrań już piątą godzinę zaczęło być najzwyczajniej w świecie męczące. Może wydawać się to lekko dziwne, bo w końcu jesteśmy zespołem, a muzyka to nasze życie. Tylko jedno zastrzeżenie. Część ludzi, którzy przysłali nagrania nie jest... muzykalna? Tak, to dobre określenie, żeby nie powiedzieć, że nie mają talentu. Inni zaś nie posiadają pasji. Nie rozumiem jak można robić coś bez pasji, ale najwidoczniej istnieją i tacy. 
- Nie moja wina, musimy coś wybrać - westchnął Luke. 
Uśmiechnąłem się lekko, przypominając sobie nagranie, na którym jakaś dziewczyna jodłowała. Nawet ciekawy pomysł, niestety my potrzebujemy zespołu. Spojrzałem na Michael'a uwalonego na zielonej sofie. Jego ciche chrapanie słychać było już od około piętnastu minut. Biedny chłopak... Ciekawe jakby to było gdyby tak dorysować mu wąsy. 
- To wybierzmy cztery zespoły i potem razem zdecydujemy, który najlepszy - odezwałem się. 
Chłopaki spojrzeli na mnie w sposób taki, jakbym wynalazł ogień w czasach jaskiniowców. Ignorując ich oraz mój wewnętrzny głos domagający się jedzenia, zacząłem przeglądać wszystkie płyty i przypominać sobie, co mi się podobało. Mieliśmy o tyle ułatwione zadanie, że niektórych uczestników odrzucaliśmy od razu. Jednak mogłem jakoś odkładać te nagrania, które mi się podobały. Myślenie czasem popłaca... 
- Ja wiem! "Free Falling" - krzyknął uradowany Hood. - Męczcie się frajerzy - zaśmiał się. 
Przewróciłem oczami, chcąc się skupić na robocie. "Monsters"? Byli nawet spoko, ale to nie to. Muszę wybrać nie byle co tylko zespół, który ma to coś. Nurkowałem w kolejnych kupkach opakowań, przeglądając wszystko bardzo dokładnie.
- Masz coś? - zagaił Hemmo, wyrywając mnie tym z transu.
Przytaknąłem głową, jednak szybko zorientowałem się, że chyba nie o to chodziło towarzyszowi. Zdziwienie wymalowane na jego twarzy, wskazywało na to, że palnąłem głupotę. Najchętniej strzeliłbym tak zwanego facepalm'a. Już otwierałem usta by poprosić, by powtórzył pytanie, kiedy uprzedził mnie.
- Pytałem się czy coś masz.
- Nie - odparłem zrezygnowany. - Wybieranie tego potrwa wieki.
- To się sprężajcie - zaśmiał się Calum, który właśnie wszedł do pomieszczenia.
Nawet nie zauważyłem, kiedy je opuścił. Brunet podszedł do nas i podał po dużym kubku mocnej kawy, jak można poznać po zapachu. Uśmiechnąłem się do niego pełen wdzięczności. Przyda nam się coś na wzmocnienie. Upiłem łyk gorącej cieczy, która natychmiast rozlała się po całym moim organizmie, dając nieziemską ulgę. Tego było mi trzeba. Spojrzałem na Luke'a, szczerzącego się od ucha do ucha. Chyba nie tylko mnie...
- Zróbmy sobie przerwę.

Patrzyłem na piękny krajobraz Sydney. Z tej wysokości naprawdę było co podziwiać. Uwielbiam to miasto. Tyle się tu wydarzyło. Wiele niesamowitych chwil jak i złych momentów. Ale nie ma co narzekać. Jestem szczęściarzem, że moje życie potoczyło się w ten sposób, a teraz to ja mam możliwość sprawić radość innym. Spełnić kogoś marzenia.
Jednak wyjście na dach było dobrym pomysłem. Świeże powietrze nieco otrzeźwiło nasze umysły. Teraz jesteśmy gotowi do pracy.
- Wracamy? - zapytałem, chcąc mieć już to z głowy i w końcu zająć się czymś innym.
- Nie chce mi się - odpowiedział Calum.
Mimo, że najszybciej wybrał zespół to najwięcej narzekał. Rzeczywiście wyglądał na padniętego. Miał podkrążone oczy i ledwo się trzymał na nogach. Czyżbyś trochę przesadził z imprezami Hood?
Wstałem z ziemi i otrzepałem się z ewentualnego brudu. Wyciągnąłem rękę do Lukey'a, aby pomóc mu wstać. Chłopak jednak nie zrozumiał mojej intencji. Chwycił ją i pociągnął tak mocno, że znów wylądowałem na ziemi. Dzięki Hemming - zaśmiałem się w myślach. Usiłowałem nie pokazywać im tego, że ruszyło to mnie. Mimo tego nie udało mi się utrzymać powagi i moje mordercze spojrzenie skierowane do przyjaciela szybko zmieniło się w rozbawienie. Parsknąłem śmiechem, dołączając do chłopaków, którzy praktycznie tarzali się po ziemi.
- Teraz to ja mogę iść - zachichotał Cal.
- Ja też - poparł go Luke.
Wstali i tym razem oni wyciągnęli do mnie ręce, ale ja posłałem im tylko nieufne spojrzenie. Sam podniosłem się i skierowałem do wyjścia.

ROCKY'S POV

- Daisy ty mendo! Chodź tu!
Wrzeszczałam tak głośno jak tylko mogłam. Żarty żartami, ale to już jest podłe. Przyjaciółka się znalazła... Wstaję sobie z łózia, swoją drogą musiało mi się przysnąć, bo coś film mi się urwał, ale no to nieważne. Grunt, że poszłam do łazienki, żeby się trochę rozbudzić. Przemyłam twarz zimną wodą, po czym podniosłam głowę i co widzę w lustrze? Moja twarz w obrazkach małych chochlików, zrobionych najprawdopodobniej czarnym markerem. I jak tu można spokojnie spać?
- No co jest? - brunetka weszła do pomieszczenia, jednak już po chwili zakryła usta ręką, próbując się nie śmiać. Wskazałam palcem swoją buzię, na co dziewczynie jeszcze bardziej zachciało się śmiać. Wcale nie potrafi kryć rozbawienia.
- Ładnie ci z tymi...
- Chochlikami - dokończyłam za nią - Mogłaś być bardziej subtelna.
Przyjaciółka nie wytrzymała dłużej i wybuchnęła śmiechem. Upadła na kolana i trzymając się za brzuch usiłowała się uspokoić, co nie do końca jej wychodziło. Popatrzyłam na nią z politowaniem i wróciłam do łazienki, aby zmyć rysunki. Wzięłam trochę mydła i zaczęłam szorować policzki. Z kim ja żyję... Marker zazwyczaj ciężko się zmywa, ale musiała zrobić to dość niedawno, skoro gładko poszło. Po około pięciu minutach wróciłam do dziewczyny, która leżała na dywanie, płacząc. Oczywiście ze śmiechu.
- Nie gniewaj się - odparła wciąż chichocząc - Ale musiałam to zrobić. Nie byłabym sobą inaczej.
- Wiem - odparłam już nieco łagodniej.
- A jak ci się podoba twój nowy kolor?
Daisy patrzyła na mnie z zaciekawieniem. Nowy kolor? Wróciłam do łazienki i ponownie spojrzałam w lustro. Ciśnienie mi podskoczyło, gdy zobaczyłam swoje włosy. Zazwyczaj były one czerwone, a teraz? Od połowy w dół kolor przechodził w ciemnoniebieski, niemalże chabrowy. Co prawda rozważałam zmianę koloru na taki i byłam nawet do tego przekonywana przez przyjaciół, jednak ostatecznie zrezygnowałam z tego pomysłu. Czerwień, moim zdaniem, idealnie do mnie pasowała i nie chciałam tego zmieniać. Ale mała osóbka, znana jako Daisy, stwierdziła, że moje zdanie się nie liczy...
- DAISY!!!!!!!!!!!!!!!
Wpadłam do swojego pokoju, ale brunetki już w nim nie było. Ten tchórz zwiał. Zeszłam na dół i poszłam do salonu, w którym zastałam całą naszą ekipę. Wszyscy jak jeden mąż parsknęli śmiechem, gdy tylko mnie zobaczyli. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na winowajcę.
- Zemszczę. Się. - wycedziłam zła.
- Też cię kocham - wyszczerzyła się przyjaciółka.
- Oj Rocky. Złość piękności szkodzi - odparł rozbawiony Eddie.
Zignorowałam go i usiadłam obok Zoe. Blondynka była jedyną normalną osobą w naszym zespole. Przybrała rolę takiej naszej mamy. Mimo wszystko też potrafiła się nieźle zabawić. Pokręciła głową, patrząc na naszą zgraję. Rina i Eddie wciąż rechotali, a Daisy chowała się za fotelem, udając, że jej nie ma. Boże widzisz i nie grzmisz...
- Nie martw się. Do twarzy ci w tych kolorach - szepnęła Zoey.
Uśmiechnęła się delikatnie i przytuliła w geście pocieszenia.
- Myślisz? - zapytałam niepewna.
- Ja to wiem.
Daisy od razu wyskoczyła ze swojej kryjówki i wgramoliła mi się na kolana. Uczepiła się mnie jak miś koala drzewa i z udawanym szlochem, zaczęła przepraszać. Było to dość zabawne.
- Okay, okay. Nie umiem się na ciebie gniewać - zaśmiałam się.
- Wiem - pokazała mi język.
- Dom wariatów - skwitowała Rina.

ASHTON'S POV

- Czyli "Free Falling", "Nice Demons" oraz mój faworyt "Lemon Drops"? - zapytałem, upewniając się, że te zespoły przechodzą do drugiego etapu. Chłopaki pokiwali głowami na znak zgody. Niestety mamy mały problem. Michael wciąż nie wybrał zespołu, bo jego drzemka zmieniła się w zimowy sen.
- Co z nim? - Calum kiwnął głową w stronę naszego śpiącego przyjaciela.
Uśmiechnąłem się demonicznie i pokazałem chłopakom by robili to co ja. Odsunęliśmy lekko kanapę od ściany. Luke i Cal wcisnęli się pomiędzy lukę, którą stworzyliśmy i przechylili delikatnie kanapę, ale tak by Clifford nie spadł. Odszukałem wzrokiem megafon, który ostatnio nabyłem i wziąłem go do ręki. Nabrałem w płuca dużą ilość powietrza i krzyknąłem.
- WOOOOOO DARMOWA PIZZA!!!!!!!!
Chłopaki przechylili jeszcze bardziej sofę, dzięki czemu zdezorientowany Michael znalazł się na podłodze.
- Gdzie ta pizza? - zapytał jeszcze na wpół przytomny.
Wybuchnęliśmy śmiechem, widząc przyjaciela, który rozgląda się za jedzeniem. Kiedy ostatecznie jego wzrok spoczął na nas, dotarło do niego co właśnie się wydarzyło.
- Jesteście mi winni darmową pizze - pokazał na nas palcem, zawiedziony.
- Ty lepiej wybierz zespół.
Chłopak popatrzył na nas jak na idiotów. Zupełnie jakby pierwszy raz słyszał, że ogłosiliśmy konkurs na nasz support. Spojrzeliśmy po sobie, potem na Michael'a, potem na płyty i znów na Michael'a. Pomarańczo-włosy westchnął głośno. Wstał i rozejrzał się. Chciał już zrobić krok kiedy nadepnął na coś. Zawył głośno, czym ponownie nas rozbawił. Z miną męczennika podniósł, jak się okazało, płytę. Patrzył na nią zdumiony.
- Wybieram tą - podał mi opakowanie.
Przyjrzałem się jej dokładnie. Pięciu członków zespołu ustawionych w całkiem zabawny sposób. Dwie dziewczyny stały nad basenem. Blondynka trzymała mikrofon w ręku, zaś skośnooka pozowała jak modelka. Chłopak leżał przed nimi, pokazując rockowy znak. Dziewczyna z czerwonymi włosami, całkiem przemoczona, stała roześmiana w basenie. Druga siedziała na jej plecach, równie przemoczona, i trzymała w ręce pałeczki do perkusji. Uśmiechnąłem się.
- Macie szczęście Powerage...

------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam wszystkich w pierwszym rozdziale!
Nie musieliście długo na niego czekać i mam nadzieję, że nie jesteście rozczarowani. Początki zawsze są nudnawe, ale może wytrzymacie ze mną i przebrniecie do głównej akcji.
Jak myślicie? Czy Powerage wygra konkurs?
Chciałabym również podziękować mojej przyjaciółce Jewel za tem przepiękny szablon. Kocham cię myszko x 
Zachęcam do komentowania.
Miłego wieczorku i do zobaczenia. :D

Arielka x


czwartek, 25 grudnia 2014

Prolog


Stukałam palcami o stół, czekając. Co chwila zerkałam na przyjaciółkę, próbując nie zdradzać swojego zniecierpliwienia. To wszystko za długo trwa... Z każdą sekundą moja ekscytacja malała, a zastępował ją strach. Czy aby na pewno byliśmy na to gotowi? Z jednej strony chcieliśmy realizować nasze wspólne marzenie. Jednak z drugiej nie wiem czy warto. A jak nas nie przyjmą? Być może jesteśmy zasłabi. Teorytycznie odnieśliśmy już kilka porażek jak i sukcesów. Z tą różnicą, że ta decyzja to dla nas wyzwanie.
- Gotowe! - krzyknęła uradowana Rina.
Nie dziwię się. Musiała być bardzo skupiona, aby perfekcyjnie wykonać napis. Dużo roboty i dużo stresu.
- Masz - podała mi opakowanie. - Uważaj na nią.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. W końcu ta mała rzecz była naszą szansą. Nie mogłam tego zniszczyć.
- Musimy się spieszyć.
Odwróciłam się. W drzwiach stała Daisy. Rzadko się zdarzało, aby była tak poważna. Było widać, że zależało jej na tym, by wszystko poszło dobrze. Musiało... Podeszłam do dziewczyny i wzięłam od niej kluczyki. Ubrałam swoją skórzaną kurtkę i gotowa wyszłam na zewnątrz, gdzie stała moja ukochana maszyna. Usadowiłam się wygodnie na siedzeniu. Założyłam kask i dałam znak Daisy, że może się dosiąść. Szatynka usiadła za mną. Chyba minutę się gramoliła, żeby dobrze się usadowić. Nigdy nie lubiła jeździć ze mną motorem. Mimo tego nie było tygodnia bez przejażdżki. Objęła mnie w pasie, aby nie spaść. Spojrzałam jeszcze na stojących przed domem przyjaciół. Rina uśmiechnięta trzymała kciuki zaś reszta wydawała się być zbyt przejęta, aby choć trochę myśleć optymistycznie. Nie chcąc dłużej o tym rozmyślać, odpaliłam motor i wyjechałam na drogę. Dla relaksu przyśpieszyłam już po pierwszym zakręcie. Szybka jazda była dla mnie najlepszym środkiem odprężającym. Poczułam jak moja towarzyszka mocniej mnie ściska. Czyżby za szybko Daisy?

- Więcej z tobą nie jadę!
Naburmuszona przyjaciółka musiała podzielić się ze mną swoją opinią tuż po tym jak zdjęła kask z głowy.
- Mówisz to za każdym razem, gdy tylko zejdziesz z motoru - odparłam z lekkim rozbawieniem.
Ja uwielbiam tą adrenalinę, ryzyko. Wtedy dopiero czuję się naprawdę wolna. Daisy była moim przeciwieństwem w tej kwestii. Boi się choć nigdy się do tego nie przyznaje. Ona po prostu chce żyć, jak to usilnie twierdzi.
- Wiesz ile wypadków mają motocykliści?
- Wiesz ile ludzi wygrywa na loterii?
- A co to ma do rzeczy?
Otworzyłam usta, aby udzielić jej wyczerpującej odpowiedzi na ten temat, jednak nie dała mi dojść do słowa.
- Cholera! Mamy siedem minut!
Dziewczyna pociągnęła mnie za rękę, zmuszając tym do biegu. Nienawidziłam biegać odkąd pamiętam, ale nie miałam wyjścia. Niektóre rzeczy wymagają poświęceń. Niemalże wpadłyśmy do dużego, szklanego budynku. Innym razem na pewno bym chętnie się mu przyjrzała, ale czas gonił. Szybko podeszłyśmy do lady, gdzie widniała wielka tabliczka z napisem "Informacja".
- Dzień dobry - przywitała nas uśmiechnięta kobieta w średnim wieku. Wyglądała całkiem sympatycznie. - W czym mogę pomóc?
- Chciałyśmy się zgłosić do konkursu na support...
- Jesteście w samą porę. Proszę wypełnić ten formularz i podać płytę z nagraniem.
Blondynka podała mi długopis. Przeczytałam szybko i wypełniłam to co trzeba. Głupie papierki.
- Proszę - oddałam jej papier.
- Dziękuję. Niedługo panie powinniście dostać list bądź e-mail z informacją. Tutaj można odłożyć płytę.
Spojrzałam na pudełko, w którym znajdowało się mnóstwo nagrań zapewne utalentowanych zespołów.
- Przynieś nam szczęście.
Wrzuciłam płytę i po raz ostatni spojrzałam na nazwę naszego zespołu, widniejącego na opakowaniu.
Powerage...

------------------------------------------------------------------------------------

Witam w prologu! 
Liczę na wasze szczere opinie. 
Ari x 

Powitanie!


Cześć kochani! 

Serdecznie chciałabym was powitać na moim najnowszym blogu. Będzie to fanfiction z zespołem 5 seconds of summer. Pomysł na to opowiadanie przyszedł do mnie bardzo niespodziewanie i spontanicznie za namową przyjaciółki zdecydowałam założyć bloga. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak to będzie, ale mam nadzieję, że wena mi nie zniknie jak to ma w zwyczaju. 

Zapraszam do czytanie i komentowania!

Arielka x